107,6 FM

Ratownik z własnej woli

O Tatrach, głupocie i odwadze opowiada Kazimierz Gąsienica-Byrcyn.

Barbara Gruszka-Zych: Zniósł Pan z gór ponad tysiąc osób. 

Kazimierz Gąsienica-Byrcyn: Znosiłem ich, zwoziłem samochodem, toboganem, czyli saniami, transportowałem śmigłowcem. Zawsze, nawet w najtrudniejszych wypadkach, trzeba dojść do człowieka.

Ratownik sam musi uważać, żeby nie stracić życia.

Niestety, nie zawsze to się udaje. Zginęło nam trochę kolegów, począwszy od pierwszego polskiego ratownika górskiego – Klimka Bachledy. W 2001 r. lawina zabrała Łabunowicza i Olszańskiego, którzy ratowali narciarzy. Proszę spojrzeć na zdjęcia ratowników na ścianie mojego pokoju, są na nich jak żywi. Na wyprawach ratunkowych asekurujemy się – mamy linę, haki, w specjalnych szelkach zwozimy rannego ze ściany czasem po 500 m w dół, choć gwarancja zjazdu wynosi 250 m, bo taka jest wytrzymałość używanej w nich stalowej linki.

Zwykle odbywa się to w ekstremalnych warunkach.

Każdy ratownik pod słowem honoru przyrzeka bez względu na stan pogody nieść pomoc potrzebującemu. A jak pani myślała, po co się do ratownictwa idzie? Żeby pomóc drugiemu człowiekowi. Jak chce się to robić, trzeba się narażać. Nikt nikogo do niczego nie przymusza. Ratownik sam się naraża, z własnej woli.

Cały czas?

Stan gotowości zaczyna się w momencie, kiedy idę na dyżur. Każdy z nas to przeżywa na swój sposób.

Ratuje Pan ludzi na wysokościach i w jaskiniach…

Jak się wchodzi do jaskini, sprzętu ubywa, bo po drodze robimy stanowiska – zjeżdżając na dół, zostawiamy liny, karabinki, haki. Odwrotnie, kiedy idzie się w góry: ciężaru przybywa – trzeba dźwigać nie tylko rannego, ale i zamoknięty, ciężki sprzęt.

Teren, na jakim Pan pracuje, jest ogromny.

No tak, choć nasze Tatry są 740 razy mniejsze od Alp. W prostej linii od wschodu do zachodu rozciągają się na 56 km. W najszerszym miejscu mają 18 km. Tę długość ma tylko Dolina Cicha, polodowcowa, ciągnąca się wzdłuż gór, a nie w poprzek nich, po słowackiej stronie.

W Pana rodzinie ratownictwo to zajęcie dziedziczne.

Jan Gąsienica-Byrcyn, mój dziadek ze strony ojca, był przewodnikiem i ratownikiem. Kiedy nie istniało jeszcze pogotowie tatrzańskie, chodził ratować m.in. Karłowicza. Mój ojciec Stanisław też był uznanym ratownikiem.

Męska część rodziny tak po prostu wybrała ryzyko.

Ten, kto idzie do kopalni albo zostaje strażakiem, też ryzykuje. A i w biurze może się zdarzyć nieszczęście. Dzisiaj wieje halny. Kiedy szliście do mnie, mógł wam spaść na głowę jakiś konar...

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama