Ciemno i mroźnie. Noc wydaje się nie mieć końca, ciepła jak na lekarstwo.
Ciemno i mroźnie. Noc wydaje się nie mieć końca, ciepła jak na lekarstwo. Jak przetrwać ten trudny czas w przyrodzie? Jak nie poddawać się zwątpieniu i uwierzyć, że mroki kiedyś ustąpią? Tutaj z pomocą od wieków przychodziła wiernym św. Łucja, która żyła na przełomie III i IV wieku w Syrakuzach. Gdyby w 1894 roku nie odkryto w tym mieście starożytnej greckiej inskrypcji, która poświadczała istnienie jej grobu, to jedyną informacją na jej temat byłyby pełne legend żywoty z późniejszych wieków, w których jako młoda dziewczyna, pod wpływem widzenia, którego doznaje pielgrzymując do grobu św. Agaty, rozdaje swój majątek ubogim, zrywa zaręczyny i ujawniona w ten sposób jako chrześcijanka, ginie męczeńsko 13 grudnia 304 roku. Jakim cudem jednak ta dziewczyna z upalnej i spieczonej słońcem Sycylii, niosła pociechę ludziom, którzy na północnej półkuli zmagali się z zimnem i mrokiem. I choć to nie jest przecież epoka planowania zimą letnich urlopów, to winnym jest tutaj kalendarz… liturgiczny. Jeszcze przed reformą gregoriańską wspomnienie św. Łucji wyznaczał on na czas zimowego przesilenia. Noc Dzikich Łowów demonicznej bogini Lusse, której ofiarą w przedchrześcijańskich wierzeniach ludów północy padało wszystko, co przed mrozem i ciemnością nie zdołało znaleźć schronienia. A kto inny niż św. Łucja, która zaufała do końca miłosiernemu Bogu, a której imię wprost nawiązuje do światła, kto inny lepiej niż ona nadawał do rozpalania nadziei na pokonanie mroków zła i odmianę świata? Odmianę, która już za chwilę miała się ziścić w Betlejem.