Dzisiaj obchodzimy uroczystość św. Wojciecha, biskupa i męczennika.
Tego, który odważnie wyruszył z Dobrą Nowiną do mieszkańców Prus i tego, który 23 kwietnia 997 roku poniósł tam śmierć z ich rąk w czasie sprawowania Eucharystii. Czy nie tyle właśnie pamiętamy z życiorysu głównego patrona Polski? Jeśli jednak zadamy sobie trochę trudu i zajrzymy za odlane z brązu Drzwi Gnieźnieńskie, które jego historie upamiętniły na wieki, to wtedy sylwetka dzisiejszego patrona stanie się nieco mniej pomnikowa, za to bliższa życiu. Po pierwsze, warto pamiętać, że żaden z niego był Polak tylko czeski arystokrata. Po drugie, pierwotnie miał być rycerzem, ale z uwagi na wątłe zdrowie przeznaczono go do stanu duchownego. Po trzecie, choć w stanie tym otrzymał godność biskupa Pragi w wieku zaledwie 27 lat, to jako hierarchy nikt go nie słuchał, bo za bardzo wziął sobie do serca to, by samemu żyć w zgodzie z Ewangelią i innych ku temu nakłaniać. Taka postawa tak szybko ściągnęła na niego kłopoty, że szybko opuścił swoją diecezję i dalsze lata życia zasadniczo spędził na tułaczce, która zakończyła się na dworze Bolesława Chrobrego. Nie był to jednak żaden triumfalny przyjazd, raczej ucieczka przed walącymi się w gruzy kolejnymi życiowymi planami. I zaiste trzeba było świętej wytrwałości ze strony biskupa Wojciech, by wszystkie te katastrofy znieść z podziwu godną pokorą, niezmiennie trwając przy Bogu.