107,6 FM

Zawołała mnie droga

O łyżeczce znalezionej na szlaku i poznawaniu siebie z Markiem Kamińskim, po jego pielgrzymce do Santiago rozmawia Szymon Babuchowski


Szymon Babuchowski: Po powrocie ze Szlaku św. Jakuba powiedział Pan, że to była ostatnia Pana wyprawa. Czy to znaczy, że znalazł Pan to, czego szukał?


Marek Kamiński: Człowiek szuka całe życie, dlatego nie chciałbym się zarzekać, używając takich słów jak „zawsze” i „nigdy”. Ale rzeczywiście myślę, że to była ostatnia wielka wyprawa. Podczas tej pielgrzymki uświadomiłem sobie, że oprócz poznawania nowych miejsc ważne jest też zrozumienie tego, co już człowiek przeżył.


Kiedy to do Pana dotarło?


Pewnego wieczoru poszedłem spać, a reżyser Jan Czarlewski, który towarzyszył mi przez dużą część trasy, rozmawiał z napotkanym w drodze Amerykaninem. Opowiedział mu trochę o mnie i wtedy usłyszał: „Ten człowiek odkrył w życiu wszystko oprócz siebie”. To dało mi do myślenia. Solą Camino są rozmowy z ludźmi. Padają tam takie zdania, które mogą być dla człowieka drogowskazami na przyszłość.


Czym różniła się ta wędrówka od poprzednich wypraw?


Główna różnica tkwi w tym, że wiodła przez Europę. Wydawałoby się, że to komfortowa sytuacja, ale to nie do końca prawda. Bo człowiek, idąc 40 kilometrów dziennie, staje się nikim. Oczywiście w Polsce w pewnym stopniu byłem rozpoznawalny i wiele się w związku z tym działo. Ale potem przestało się dziać. To była podróż przez duchową pustynię Europy. Ruszyłem na pielgrzymkę i chciałem uczestniczyć we Mszy świętej, tymczasem okazało się, że w Niemczech, Belgii czy Francji kościoły były zamknięte. Nikogo nie interesowały tematy duchowe. 


Szedł Pan od metaforycznego „bieguna rozumu”, czyli grobu Immanuela Kanta w Kaliningradzie, do „bieguna wiary” w Santiago de Compostela. Czy słowo „biegun” oznacza, że wiara jest czymś ekstremalnym?


Myślę, że tak, chociaż z pozoru wydaje się łatwo dostępna. Ale to, że się chodzi do kościoła, nie znaczy, że człowiek ma wiarę. Można uczestniczyć w warstwie liturgicznej, obrzędowej – tylko fizycznie. Jako dziecko zostałem wychowany w tradycji katolickiej, i wiara w Boga była dla mnie oczywista. Natomiast myślę, że w dużej mierze była czymś zewnętrznym. Nie rozumiałem obrzędów Mszy Świętej, nikt mi tego nie wyjaśnił. Dopiero jako człowiek dojrzały zrozumiałem, mniej więcej, o co w tym wszystkim chodzi.


Ale wyszedł Pan na Camino już jako człowiek wierzący.


Tak, choć na początku był to bardziej projekt intelektualny. Myślę, że jestem człowiekiem wierzącym, ale wiara też jest drogą. Nie mamy skali, żeby tę wiarę mierzyć, nie jesteśmy sędziami.


To dlaczego Pan poszedł?


Mogę odpowiedzieć to samo, co słyszałem od napotkanych pielgrzymów. Większość z nich mówiła: to droga mnie zawołała. Tak samo było w moim przypadku. Proces dojrzewania do pielgrzymki trwał mniej więcej dziesięć lat. Myślę, że sam bym siebie zwodził, gdybym odpowiedział, że poszedłem umocnić swoją wiarę. Po prostu gdzieś wewnątrz odezwał się głos, żeby iść. Natomiast oczywiście później starałem się sobie sam to uzasadnić: że idę po to, żeby być lepszym człowiekiem, zbliżyć się do Boga, a przy okazji zrobić coś dla innych przez projekt edukacyjny „3 Biegun”. 


Droga coś Panu wyjaśniła ze świata wiary?


Wiele rzeczy. Na przykład przez cały czas odczuwałem przy sobie opiekę archanioła Michała. We Francji właścicielka zamku, w którym nocowałem, powiedziała, że mój Anioł Stróż musi być bardzo zmęczony. Poszliśmy z jej mężem na grób Yula Brynnera, aktora, jednego z „Siedmiu wspaniałych”. Obok były ruiny kościoła, w których jedynym niezniszczonym przedmiotem był olbrzymi obraz na drewnie przedstawiający właśnie archanioła Michała. Hebrajskie „mikha’el” znaczy „kto, jeśli nie Bóg?”. Uświadomienie sobie tego faktu zrobiło na mnie ogromne wrażenie. 


« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama