107,6 FM

Ognia!

O uwielbieniu przez łzy 
i ogniu, którego nikt nie jest w stanie zgasić, Z Grzegorzem Głuchem rozmawia Marcin Jakimowicz


Marcin Jakimowicz: Zdarzało Ci się uwielbiać przez łzy? Albo przez zaciśnięte zęby?


Grzegorz Głuch: Bardzo często. Myślę nawet, że to doświadczenie częstsze niż uwielbienie w euforii, w poczuciu pokoju i spokoju. 


Dlaczego, jak typowy Polak, nie pomarudzisz sobie: „Tak mi źle, tak mi źle, tak mi szaro?”. Kiedy usłyszałeś o tym, by błogosławić w „dennych sytuacjach”?


Ja tego nie usłyszałem. Ja to przeżyłem na własnej skórze. W czasie mojego nawrócenia. Drugiego, poważniejszego, gdy doświadczyłem obecności Boga, która dosłownie mnie przeszyła. Byłem w potwornym kryzysie, a moja słabość przesłaniała absolutnie wszystko. I wówczas zacząłem uwielbiać. Doświadczałem rozerwania. Tak, to dobre słowo: rozerwania, rozdarcia. Czułem ogień, który zaczynał palić, trawić…


Najpierw pokrzyczałeś, rzucając w stronę nieba warczącymi wyrazami, a potem, gdy Ci ulżyło, zacząłeś uwielbiać?


Nie. Niestety złe słowa szybują najczęściej w stronę ludzi, najbliższych. W Jego stronę najczęściej leci: „Nie rozumiem”. „Nie wiem, dlaczego tak jest, ale chcę kurczowo trzymać się błogosławieństwa. Nie chcę wchodzić w przeklinanie”. 


Po czasie Bóg wyjaśnia Ci, „dlaczego tak jest”?


Tak. Muszę zostawić Mu czas. Jestem pewien, że samo uwielbienie nie jest czynnością ludzką, nie „należy” do Kościoła. Mam poczucie, że w nim jest sam Bóg. I że błogosławiąc, wchodzimy na Jego teren. Boimy się uwielbienia. Staramy się tę rzeczywistość ponazywać, uporządkować, wytłumaczyć historycznie. Wszystko w porządku: sam jestem historykiem i wiem, że to ważny trop. Tyle że niewystarczający. Uwielbienie to jest ogień. Nie do opanowania, bo… nie my go rozpalamy. „Ogień” – tak będzie się nazywała nasza nagrywana właśnie płyta. Przejęliśmy się pełnym tęsknoty wołaniem Jezusa, który zapowiadał, że przyszedł rzucić ogień i bardzo pragnie, by on wreszcie zapłonął.


À propos ognia… Przecież to w piecu powstał jeden z najpiękniejszych hymnów uwielbienia, jaki zawiera Biblia! Trzej młodzieńcy wychwalali Boga w najbardziej absurdalnym momencie, jaki możemy sobie wyobrazić. Zakuci w dyby Paweł i Sylas o północy w więzieniu… śpiewali hymny. 


Uwielbienie to decyzja. Dlaczego boimy się wejść w tę przestrzeń? Bo jest ona pełnym, całkowitym zjednoczeniem z Bogiem. Uwielbienie oczyszcza. Na przykład naszą naturalną religijność rozumianą w sensie negatywnym…


Jako składanie danin, bicie pokłonów, kupowanie miłości, której nie da się kupić?


Tak! Przecież my – widzę to u samego siebie – nie uznajemy, że jesteśmy kochani za darmo, zbawieni za darmo. Jezus na krzyżu pokazał, że jest prawo nad prawem. To przykazanie miłości. A my wciąż chcemy płacić. Zachowujemy się jak frankowicze, którzy za wszelką cenę chcą zminimalizować raty, przewalutować je, spłacić. A raty są już spłacone. Krwią Syna Bożego. Całe życie będę się zmagał z tym, by w to uwierzyć…


Ile lat istnieje Gospel Rain?


Zbliża się 25. rok. To zmiana pokoleniowa. Niektórzy członkowie zespołu urodzili się, gdy zaczynaliśmy śpiewać. 


Zdarzały się chwile, że chcieliście wywiesić klepsydrę po „śp. chórze”? 


Było mnóstwo pęknięć, trzęsień ziemi, awanturek. Trudne relacje, spojrzenia, zazdrość, pryncypialność, ten syk: „Nie odpuszczę!”. Nieustannie jesteśmy bombardowani w ten właśnie sposób. Co robimy? Uczymy się przebaczenia. To wtedy doświadczam tego, po co ten zespół jest…


« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama