107,6 FM

Rozgrzeszenie pod ostrzałem

Gdy znaleźliśmy się w pułapce, udzieliłem absolucji ogólnej, bo wiedziałem, że możemy nie przeżyć.


Gdyby nie koloratka, byłbym przekonany, że to zawodowy żołnierz. Krótko ostrzyżony, silnej budowy ciała, średniego wzrostu. Na misję pokojową do Afganistanu jako kapelan zgłosił się sam. Miał 34 lata, od siedmiu był kapłanem. Pytam o najbardziej dramatyczne wydarzenia z Afganistanu. Bez wahania zaczyna opowieść.


W zasadzce


– Tego nie zapomnę do końca życia. Zwykle nie jeździłem z żołnierzami na patrole, bo to nie moja rola, ale pewnego razu dowódca mnie zaprosił. Po pierwszym wyjeździe inni żołnierze też chcieli, abym z nimi pojechał – opowiada ks. Ireneusz Biruś. – Padre, byłeś z nimi, to z nami też – prosili. Nazywali mnie Padre, bo na misjach używają pseudonimów.

Przyjechaliśmy na tzw. rekonesans transporterem Rosomak. Mieliśmy sprawdzić teren wioski, zrobić zdjęcia. Stałem z drugim żołnierzem na tzw. opelotce, czyli otwartym tylnym włazie, i kręciłem film. Nagle rozległ się wielki huk. Okazało się, że obok naszego transportera spadł moździerz. Za chwilę rozległ się świst. Pierwszy raz coś takiego słyszałem. Żołnierze powiedzieli mi, że to RGP, czyli ręczny granatnik przeciwpancerny. Byliśmy pod ostrym ostrzałem, szybko schowaliśmy się pod pancerz. Mieliśmy świadomość, że jak RGP uderzy w bok Rosomaka, to po nas. Całe szczęście, że moździerz chybił, bo gdyby trafił w opelotkę, to też byłby nasz koniec. Sytuacja stała się dramatyczna. W takich okolicznościach trzeba się przemieszczać, aby być trudniejszym celem dla talibów. Okazało się jednak, że nie możemy ruszyć, bo przed nami była wadi – wąska skalna dolina, którą płynie woda. Wpadliśmy w zasadzkę. Na szczęście udało się nawrócić. Dowódca plutonu przez radio wydawał polecenia: jeździć, nie stać w miejscu, odpowiadać ogniem! Gdy staliśmy przed wadi, udzieliłem absolucji ogólnej, bo wiedziałem, że możemy nie przeżyć. Żołnierze mieli tego świadomość, każdy z nas był w strachu. Udało się nam wydostać, ale o tej absolucji nigdy potem nie wspominali. W takim momencie ludzie się strasznie zżywają. Mnie pozwoliło to zrozumieć żołnierzy, co czują, jakiego stresu doświadczają, jak reagują. 


Spowiedź pod kulami


Ksiądz Ireneusz był kapelanem w bazie Aryan. Stacjonowało tam ok. 300 polskich żołnierzy. Ciężka służba. Trudne warunki bytowe i naturalne, najgorszy był jednak stres związany z częstym ostrzałem przez terrorystów. Dlatego żołnierze sami prosili, aby w bazie był na stałe ksiądz. – Kiedyś po Mszy przyszedł do mnie oficer saperów. Chciał porozmawiać, było mu ciężko. Właśnie wrócił z patrolu, podczas którego zbierał szczątki Afgańczyka, który wpadł na minę – wspomina kapelan.
Mszę odprawiał codziennie, zawsze o tej samej godzinie – 20.00, po zmroku, gdy największe niebezpieczeństwo mijało. Żołnierze przychodzili chętnie. – Nigdy się nie zdarzyło, abym był na Mszy sam – podkreśla. Chętnie również włączali się w liturgię, do czytań ustawiały się kolejki. Był też ministrant, który służył i przygotowywał kaplicę. – Gdy na Mszę przychodzili dowódcy plutonów, było wiadomo, że następnego dnia coś się będzie działo. Wtedy wszyscy gorąco się modlili – ujawnia. Za kaplicę służył namiot, ołtarzem był żelazny stół, który żołnierze przynieśli ze stołówki, z dwóch belek zbili krzyż, z Polski ksiądz przywiózł obraz Matki Bożej Hetmanki Żołnierzy.
Żołnierze bardzo często się spowiadali, bo mieli świadomość grożącego niebezpieczeństwa. W kaplicy nie było konfesjonału, w czasie spowiedzi siadali obok siebie na ławce. Czasem odbywała się w czasie spaceru. Raz spowiadał żołnierza, przechadzając się, i nagle świsnęła kula. Szybko wrócili.


Ostatnia posługa


W czasie gdy był w Afganistanie, od wybuchu miny-pułapki zginęło pięciu polskich żołnierzy. To było w Ghazini tuż przed świętami Bożego Narodzenia. Ks. Ireneusz towarzyszył im w ostatniej drodze. – Gdy ich przywozili, to były dramatyczne obrazy. Umieszczaliśmy ich szczątki w trumnach. Z drugim kapelanem modliliśmy się nad każdym ciałem, wkładaliśmy poległym do rąk różańce. Pomagaliśmy zamykać trumny, ładować je na samochód i odprowadzać na halipad, czyli miejsce, gdzie lądują i startują helikoptery – opowiada z przejęciem. 
Pytam, czy wszyscy żołnierze, którzy zginęli, byli wierzący, bo może niektórzy nie chcieliby posługi księdza. – W takim momencie się o tym nie myśli, nie zastanawia się, czy ktoś był wierzący, czy nie. Było dla nas oczywiste, że trzeba ich pożegnać – podkreśla.
Wspomina, że to był bardzo trudny czas dla polskiego kontyngentu. Po odprowadzeniu tych pięciu wezwano go do szpitala, gdzie leżał żołnierz chory na sepsę. Następnego dnia zmarł. Wcześniej zginął inny żołnierz. Boże Narodzenie to bardzo napięty czas. Talibowie wiedzieli, że Polacy mają wówczas święta i nasilali ataki. Kiedy wrócił do bazy w Aryan, okazało się, że „jego” żołnierze zostali ranni, bo wjechali na ładunek wybuchowy. 


« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama