Wstyd?

dodane 27.02.2018 09:30

Krzysztof Łęcki

Wzmożenie… Tak, mamy niewątpliwie w naszym kraju czas wzmożenia. Wzmożenia wszelakiego.

Wstyd?   Roman Koszowskii /Foto Gość Krzysztof Łęcki

Ostatnio w świecie mass-mediów, społecznego dyskursu i partyjnych narracji najbardziej widocznym wzmożeniem zdaje mi się lawinowe niemal wzmożenie wstydu. No cóż, społeczeństwo złożone z osobników, którzy nie wstydziliby się w ogóle, nigdy, jest trudne do wyobrażenia i nie wydaje się specjalnie pociągające. Jednak manifestacje zawstydzenia, o których mówię są dość szczególnego rodzaju. Jest to bowiem specyficzna mieszanka zawstydzenia i zawstydzania. Oto bowiem całkiem spora liczba osób niewątpliwie wrażliwych i szlachetnych informuje świat, że się wstydzi. Wstydzi się za innych. Za kogo? Ano za tych, którzy powodu do wstydu nie widzą. A powinni. Tak, to rzeczywiście ciekawe i w jakiś sposób paradoksalne, że owo wzmożenie zawstydzenia nawiedza notorycznie tych, którzy, co prawda, sami się wstydzą, ba, nawet bardzo się wstydzą – ale przecież nie wstydzą się za siebie. Wstydzą się za tych, którym poczucie wstydu nie doskwiera, a zdaniem wrażliwych i szlachetnych ludzi, którzy wzięli na swoje barki ciężar nie swojego wstydu, doskwierać powinno jak najbardziej. Tu zresztą w naturalny sposób pojawia się jeszcze jeden powód do zawstydzenia. Otóż ci, którzy się wstydzą za innych, wstydzą się także z tego powodu, że tamci, którzy z wielu powodów wstydzić się powinni, zawstydzeni nie są. Oczywiście zawsze znajdą się złośliwcy, tych wszak nigdy nie brakuje, którzy pytają - dlaczegóż to ci, którzy tak ostentacyjnie się wstydzą za innych, nie wstydzą się za siebie? No cóż, może sprawa jest całkiem prosta, może ci wrażliwsi i szlachetni ludzie zwyczajnie nie mają najmniejszego powodu wstydzić się za siebie.  Przynajmniej zaś – tego można być prawie pewnym - tak właśnie swoją sytuację odczuwają. Jako ludzie nie tylko szlachetni duchem, ale i bez skazy, i bez winy, obarczeni co najwyżej małymi, bardzo małymi ludzkimi przywarami – starają się unieść ciężar win i bezwstydu innych. Czynią to zresztą – co tu kryć - z pewną wpisaną w sytuację szlachetnych i wrażliwych ludzi ambiwalencją. Bo też z jednej strony głupio (i wstyd) im za tych, za których muszą się wstydzić, jednak z drugiej strony – taki przyjmowany na siebie wstyd za innych tych szlachetnych ludzi uszlachetnia w jakiś sensie jeszcze bardziej. Wszak – ni mniej, ni więcej - w ten sposób jedni za drugich ciężary niosą (z czego to Koteczku? - by zacytować Kisiela). I znowu – złośliwcy (tych wszak nigdy nie brakuje)  powiadają, że łatwo wstydzić się za innych, i łatwo przepraszać za nieswoje winy.  Podejrzewają oni - złośliwcy przecież tak często są podejrzliwi - że wstyd nie jest w takim przypadku przesadnie dokuczliwy. Zaś towarzyszące takiemu zastępczemu wstydowi przeprosiny, w których nie przeprasza się za siebie, tylko za tych co przeprosić nie tylko nie mają ochoty, ale więcej - do jakichkolwiek przeprosin nie widzą powodu, nacechowane są szczególną hipokryzją, są przeprosinami w gruncie rzeczy zdawkowymi. Czymś w rodzaju, że przywołam słowa starej piosenki, „Przepraszam za słońce przepraszam za deszcz, przepraszam za wszystko za co tylko chcesz…”. Co oczywiście nie wyklucza ani podniosłego, a nawet histerycznego tonu takich przeprosin „za kogoś, kto przepraszać nie chce, nie widzi dla przeprosin powodu”. Złośliwcy, raz jeszcze powtórzę, tych nigdy nie braknie, pytają – jak to oni, czyli złośliwie – ktoś przeprasza za innych? Za siebie nie powodu przepraszać? Niekiedy przytaczają fragment Ewangelii według św. Mateusza i powiadają: „Obłudniku, wyrzuć najpierw belkę ze swego oka, a wtedy przejrzysz, ażeby usunąć drzazgę z oka twego brata”…  Powróćmy jednak do wstydu – i niezwykłej doprawdy ostatnio popularności wstydzenia się za innych, nigdy nie za siebie. Wstyd. Kiedy o nim słucham i czytam, a słyszy się o nim i pisze często i wszędzie  dociera do mnie generalizując i w uproszczeniu taki oto przekaz. „Wstyd mi, że oni się nie wstydzą. A nawet więcej - wstydzę się bowiem w zasadzie także dlatego, że muszę się wstydzić (za nich), bo przecież oni nawet  nie wiedzą co to wstyd. Wstydzę się tak bardzo i tak często, w zasadzie - ciągle się za nich wstydzę (z powodu tego i owego), że pochłania mi to wstydzenie się całkiem sporo czasu i energii”. Nie przesadzam – chyba nigdy, w czasach totalnego bezwstydu, nie miałem okazji zobaczyć tylu zawstydzonych. Tak, Polska – cudowny, kosmiczny kraj, w którym (prawie) wszyscy gadają, jak to muszą wstydzić się za innych, a tak niewielu czuje, że powinno wstydzić się za siebie. No cóż, bicie się w cudzie piersi i poklepywanie swoich jest bardzo popularne. I – jak twierdzą złośliwcy, których nigdy nie braknie – jest tak naprawdę bezbolesne. Wstyd. Niekiedy samo słowo wstyd nie wystarcza, trzeba je wzmocnić jeszcze czymś mocnym i wtedy ma się szansę trafić nawet do annałów literackiej myśli politycznej. Kiedy szukałem możliwie spektakularnej ilustracji tego zjawiska, znalazłem ją w wstępniaku redaktora naczelnego tygodnika „Polityka”, Jerzy Baczyńskiego. Jakiś czas temu [Szczyt i wstyd, „Polityka” nr 29 (3068), 13.07-19.07.2016] pisał on z emfazą: „Czasami publicyści mają szczęście znaleźć frazę, która staje się znakiem czasu, przechodzi do języka polityki i historii. /…/ I oto jest nowa fraza, właśnie wymyślona przez znanego i aktywnego autora, socjologa, współpracownika m.in. POLITYKI. /…/ Musiała trafić bezbłędnie w jakąś powszechną myśl, intuicję, emocję, nadając jej werbalną formę”. Nie będę cytował dalej. Nad jaką frazą tak rozpływa się redaktor naczelny tygodnika? Otóż szef lewicowej „Krytyki Politycznej” Sławomir Sierakowski po warszawskim szczycie NATO nadał swym głębokim przemyśleniom finezyjną formę na jednym z portali społecznościowych. Sierakowski swoje wyznanie wstydu opatrzył na nim znanym wszystkim wulgaryzmem zaczynającym się na literę k… „K…, ale wstyd!”. No, faktycznie – wstyd…

 

«« | « | 1 | » | »»