107,6 FM

O Dniu Zadusznym, rękawiczkach i miłosierdziu

Każdy z nas nosi w sobie wspomnienie cmentarzy dzieciństwa. Tych, odwiedzanych z dorosłymi, kiedy trzeba było nas jeszcze prowadzić za rączkę.

Najczęściej, bo nawet kilka razy we Wszystkich Świętych i w Dzień Zaduszny, odwiedzałam cmentarz w rodzinnej Czeladzi, trzymając za rękę mojego tatę Wita. To były czasy, kiedy paliło się głównie świece. Osłanialiśmy je z tatą przyniesioną specjalnie dyktą, żeby wiatr nie zwiewał płomieni. Potem przypatrywaliśmy się jak las ognia wyrasta nad grobem rodziców taty – Ludwika i Ludwiki, których nie zdążyłam poznać.


We Wszystkich Świętych i w Dzień Zaduszny, które nadejdą za kilka dni, pójdę zapalić świece na grobie mojego taty. Zostały po nim w szafie rękawiczki, pamiętające kształt jego dłoni, które tak mocno ściskałam w dzieciństwie, i , potem, już przed Jego śmiercią. Trzymanie rąk bliskich znika czasem z naszych rytuałów na lata, na okres samodzielności, aktywności, a potem wraca, gdy chcemy zaznaczyć, że jesteśmy z nimi blisko. Tyle, że dziwimy się wtedy, że te pozornie znajome ręce się zmieniły, że straciły zapamiętaną z dzieciństwa moc.


 „rękawiczki/ tyle w nich czułości dla naszych rąk/tyle pustego miejsca/po nich” – napisałam o rękawiczkach taty, które mama, mimo upływu lat, przechowuje. Czułość zostaje, miłość zostaje, tęsknota zostaje, wszystko to przechowujemy, wcale nie zamknięte w jakiejś jednej szufladzie. Aż do czasu naszej śmierci, kiedy znajdziemy to, czego szukamy, a rękawiczki, szaliki, bluzki, wysypią się na podłogę i nikt ich już nie włoży.
Niedawno trafiłam na słowa L.C. Lewisa potwierdzające, że nawet nasze tęsknoty mogą być dowodem na istnienie życia wiecznego: „ Jeżeli odkryję w sobie pragnienia, których nic na świecie nie zdoła zaspokoić, jedynym logicznym  wyjaśnieniem jest to, że zostałem stworzony do innego świata". Taka myśl powinna nam przyświecać nie tylko w tych dniach, w których zaglądamy na puste półki naszych szaf.


W pospiesznym życiu zapominamy, że śmierć to jego najważniejsza chwila – przypomniały mi to jakiś czas temu koordynatorki Apostolatu Ratunku Konającym, który powstał przy sanktuarium w krakowskich Łagiewnikach. - Całe życie przygotowujemy się do tego przejścia. A w tym jednym, ważnym momencie toczy się ogromna walka o szczęśliwą wieczność odchodzącego – powiedziała mi pani Helena. – Nie lękając się własnej grzeszności powinniśmy się wtedy zawierzyć się Jezusowi Miłosiernemu.


Panie, z którymi wtedy rozmawiałam, opowiadały, że twarze umierających, przy których modlą się, odmawiając Koronkę do Bożego Miłosierdzia, często zaraz po śmierci stają się spokojne i lekko uśmiechnięte. – Jestem przekonana, że to namacalny dowód na działanie Bożego miłosierdzia – powiedziała mi jedna z nich. Numer: 518 687 518, na który można wysłać SMS-y z imionami odchodzących potrzebujących wsparcia, jest znaczący. Pierwsze trzy cyfry odnoszą się do fragmentu „Dzienniczka” św. Faustyny, opowiadającego o tym, jak s. Faustyna poszła na cmentarz i usłyszała słowa dusz: „Spełnij wolę Bożą. My o tyle jesteśmy szczęśliwe, o ile spełniłyśmy wolę Bożą”. Numer 687 przypomina usłyszane przez Nią słowa Pana Jezusa, które oddają sens modlitwy do Bożego Miłosierdzia: „Odmawiaj nieustannie tę koronkę, której cię nauczyłem. Ktokolwiek będzie ją odmawiał, dostąpi wielkiego miłosierdzia w godzinę śmierci. Kapłani będą podawać grzesznikom jako ostatnią deskę ratunku; chociażby był grzesznik najzatwardzialszy, jeżeli raz tylko zmówi tę koronkę, dostąpi łaski z nieskończonego miłosierdzia Mojego”.


Z tą nadzieją na miłosierdzie idźmy w tym roku na cmentarze, które wtedy będą kwitnąć nie tylko ogniem, ale też nadzieją.

« 1 »

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama