Za życia była obłędnie bogata. U jej stóp leżał cały ówczesny świat. A mąż kochał ją i szanował tak bardzo, że zapragnął, by wbrew średniowiecznemu zwyczajowi, stała się razem z nim cesarzową.
Nie żoną cesarza Niemiec, Henryka II, ale właśnie równoprawną władczynią. I Kunegunda Luksemburska, bo o niej to mowa, nie straciła swojej pozycji nawet wtedy, gdy wyszło na jaw, że nie może dać mężowi następcy tronu. Stało się coś wręcz odwrotnego: z tego braku potomka zrodziła się jej niezwykła, matczyna uważność, którą otoczyła poddanych i Kościół, wyrażona w dziełach charytatywnych i fundacjach, z katedrą w Bamberdze na czele. Jednak tym, co ostatecznie sprawiło, że została zapamiętana i ogłoszona świętą, nie była jej władza ani dzieła miłosierdzia. Największe wrażenie na jej współczesnych zrobiło to, co stało się po śmierci jej męża. Oto Kunegunda Luksemburska wstąpiła wtedy do ufundowanego przez siebie klasztoru benedyktynek w Kaufungen. Ale jak wstąpiła: podczas uroczystości poświęcenia owego klasztoru, tuż po liturgii słowa, cesarzowa publicznie zdjęła cesarskie szaty, ostrzygła swoje włosy, odziała się w zgrzebny habit i oddała się do dyspozycji przełożonej jako zwykła zakonnica. W klasztorze przeżyła ostatnie 8 lat swojego życia w ubóstwie i posłuszeństwie, nie wyróżniając się niczym na tle współsióstr i nie wymawiając się od żadnych prac. Kunegunda Luksemburska zmarła 3 marca 1033 roku i jak wierzymy dołączyła wtedy w niebie do swego świętego małżonka.