107,6 FM

Wiele odcieni miłości

Zimą śnieg przykrywa wszystko, niczego nie omijając. Tak jak nasza pamięć przysypuje to co minęło kurzem zapomnienia. Niegdysiejsze śniegi z „Testamentu” Villona dawno temu stopniały. Wspomnienia zamarzają jeśli nie chce się na nie chuchać.

Dziś przechodziłam koło domu zbudowanego przed II wojną przez moich dziadków, rodziców taty Wita. Nigdy ich nie widziałam, bo zmarli przed moim urodzeniem. Spotkałam ich tylko patrząc na reprezentacyjne portrety zrobione przez jakiegoś fotografa, który już w tamtych czasach poddał ich zabiegom upiększającym. Dziadek ma zbyt równo wyczesane wąsy, a korale na szyi babci błyszczą jakby ktoś wyłowił je przed chwilą prosto z oceanu. Tak zachowali się na zdjęciach moi dziadkowie - Ludwik i Ludwika Gruszkowie, obywatele czeladzcy, dumni z przynależności do swojego miasta i jego korzeni.

Tylko nie przerywajcie mi w tej chwili, że jestem gorolką, bo nie o odległościach chciałam teraz mówić, ale o miłości. A miłości jest wiele – do ludzi, miast, ulic, czytanych książek, oglądanych widoków.

Podobno mój dziadek Ludwik, maszynista na kopalni „Saturn”, zakopał w fundamentach wznoszonego przez siebie winklowego domu z czerwonej cegły kilka złotych monet. Może dla zabezpieczenia mieszkańców, którzy odtąd mieli pewność, że w razie wypadku mogą liczyć na ukryty pod podłogą skarb.

Tak naprawdę największym skarbem okazała się nasza liczna rodzina. Dziadkowie mieli kilkanaścioro, nawet dokładnie nie wiem ile, dzieci. Nie wszystkie doczekały dorosłości, umarły w dzieciństwie i stąd te niedokładności w danych czy było ich trzynaścioro, czternaścioro czy jeszcze więcej. Z opowieści taty zapamiętałam ukochaną przez braci siostrę Alicję, która zmarła na suchoty nie skończywszy osiemnastu lat. I małego Piotrusia który miał specyficznie zrośnięte żebra, tworzące obręcz i już jako dwulatek potrafił podnosić w górę krzesła, przez co uznano go za rodzinnego siłacza. Ale ta siła nie uchroniła go przed przedwczesną śmiercią. Alicja, Piotruś - moja ciocia, mój wujek, choć nigdy nie miałam okazji tak się do nich zwrócić. Gdzieś w nas, jak mówią, płynie ta sama krew. Ale może bardziej – te same tęsknoty, marzenia, uśmiechy, łzy, płynące przez czas od człowieka do człowieka w poszukiwaniu przystani na kilka, kilkadziesiąt, sto lat. Bo tyle zwykle trwa jedno ludzkie życie, z którym spotykamy się swoim życiem. Sąsiedzi wymieniający się na ziemi pod jednym słońca świecącego od miliardów lat…

Każdy z nas ma takich dziadków, ciocie, wujków… Jakieś swoje domy z historią, w których dziś już, niestety, mieszkają obcy ludzie dopowiadając swoje opowieści. Z roku na rok zacierają się w nich ślady dawnych mieszkańców. Z roku na rok więcej śniegu leży nie tylko na nagrobnych płytach, ale na oknach i drzwiach prowadzących do starych budynków.

Kiedy dziś przechodziłam koło domu moich dziadków usłyszałam jak mama Ludwika, moja przyszła babcia, woła swojego małego synka, mojego przyszłego tatę: „Wituś!”. A potem rozległy się uderzenia jego bosych stóp o drewnianą podłogę i radosny, zbyt głośny krzyk na widok cukierków kupionych od Żyda Jankiela, który miał sklep na tej samej ulicy. Przerwało go przeciągłe: „Ciiiiiiii” i zobaczyłam palec na ustach mojej przyszłej babci, nakazujący milczenie, bo jej mąż, a tata Witka, śpi po szychcie i nie można go budzić.

Pozwalając sobie w wyobraźni na takie powroty do przeszłości  możemy być pewni, że nie usłyszymy podobnego upomnienia. Możemy więc do woli budzić naszych bliskich, bo przecież tego chcą. Tylko zobaczcie jak nieustannie dają znaki przez lód na szybach.

« 1 »

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama