Bł. Benedetta Bianchi Porro

„Nazwał mnie kaleką? W czym problem? Przecież to prawda!”.

Tak powiedziała swojemu bratu, który wdał się w bójkę z innym chłopcem na placu pod ich domem. I nie było w tych słowach Benedetty Bianchi Porro ani jednej fałszywej nuty – bo, choć od kiedy pamiętała, zawsze była chora, to była także ze swoimi chorobami pogodzona. Pogodzona, ale nie pokonana przez nie, choć to właśnie powinno się zdarzyć. Mówimy bowiem o kimś, kto mając trzy miesiące zachorował na polio ze wszystkim powikłaniami, a w wieku nastoletnim został dotknięty jeszcze chorobą von Recklinghausena w jej najbardziej agresywnej postaci. Tej, która atakuje nerwy, odbiera słuch i wzrok. Która deformuje ciało i pozbawia nad nim kontroli. Można się było poddać? Można. Ale akurat Benedetta poddać się nie chciała - postanowiła za to pójść na studia medyczne i poznać lepiej wroga, który dręczył jej ciało. Jej hart ducha i pasja życia robiły wrażenie na każdym, kto ją spotkał. I choć studiów z powodu rozwoju choroby nie ukończyła, choć została unieruchomiona w swoim domu, to dzięki listom miała kontakt ze światem i znajomymi. A w tych listach ewangelizowała, pisząc o swojej wierze, o miłości Boga i o pięknie stworzonego świata. Tak, ta 28-letnia młoda kobieta, która umierała 23 stycznia 1964 roku sparaliżowana i niewidoma, do końca wielbiła Boga za cud życia. To niepojęty heroizm – dlatego Benedettę Bianchi Porro wspominamy dzisiaj jako błogosławioną.

 

« 1 »

Zapisane na później