Giuseppe Rossi, typowy włoski proboszcz, w typowej wiejskiej parafii położonej w Alpach?
Być może takie miał plany, gdy w 1939 roku, tuż po święceniach, witał swoich parafian. Potem jednak wybuchła II wojna światowa i o żadnej typowości w duszpasterstwie mowy być nie mogło. Typowo za to wszyscy młodzi ludzie zostali zabrani na front, zimy były w Alpach ciężkie i zapanował głód, a proboszcz Rossi musiał zacząć systemowo dożywiać swoich wiernych: kupował zatem na czarnym rynku produkty żywnościowe, gotował z nich posiłki na plebani i roznosił do domów najbardziej potrzebujących parafian, czyli tam gdzie zostali tylko starcy lub kobiety z dziećmi. Gdy jednak wojna dosłownie dotarła w góry i walki między wspierającymi Niemców włoskimi faszystami a komunistyczną partyzantką przybrały najcięższy obrót, nawet on uległ pokusie, by uciec w góry. Szczęśliwie zatrzymała go kontuzja nogi. Szczęśliwie, bo wyzwolony w tym momencie od strachu o utratę swojego życia, znalazł w sobie odwagę bycia błogosławionym kapłanem i męczennikiem. Dał tego świadectwo, gdy na czele garstki starców i kobiet z dziećmi, szepcąc im ukradkiem do ucha "Przed wami jestem ja", wyszedł na spotkanie oddziału faszystów, którzy wchodzili właśnie do wsi w poszukiwaniu partyzantów. Ks. proboszcz Giuseppe Rossi zginął 26 lutego 1945 roku po tym, jak w skalistej górskiej ziemi wykopał grób własnymi rękami. Oprócz niego nie zginął wtedy żaden parafianin, a po wojnie dowódca tego oddziału poprosił matkę ks. Giuseppe o wybaczenie.