bł. Daniel Brottier

"Mamo, nie będę generałem ani cukiernikiem. Jak dorosnę zostanę papieżem!". Pani Brottier, słysząc deklarację swojego kilkuletniego syna Daniela, podniosła tylko głowę znad prac domowych i powiedziała: "Oczywiście kochanie, ale w tym celu najpierw musisz zostać księdzem".

"Trudno" – odparł malec i gdy skończył 11 lat wstąpił do niższego seminarium duchownego, a po dalszych dwunastu, w roku 1899, przyjął święcenia kapłańskie. Ponieważ droga do papiestwa okazała się dłuższa i nudniejsza niż przypuszczał, a jego ciągnęło do ludzi, miejsc i sytuacji granicznych, dlatego szybko wstąpił do Zgromadzenia Ducha Świętego i udał się misjami do Senegalu. Gdyby nie kłopoty ze zdrowiem zostałby w Afryce na zawsze, a tak po kilku latach został zmuszony wrócić do Francji. Nie zdążył się jednak znudzić zwyczajnym duszpasterstwem w ojczyźnie, bo właśnie wybuchła I wojna światowa. Ojciec Brottier na ochotnika zgłosił się zatem jako kapelan na pierwszą linię okopów i przez 4 lata służby zdobył sześć odznaczeń za odwagę plus Legię Honorową. Ale to nie w czasie wojny, lecz po jej zakończeniu, stanął przed najtrudniejszą w swoim życiu misją. Jaką? Przełożeni zlecili mu opiekę nad sierotami z przedmieść Paryża. 1400 podopiecznych potrafiło dać w kość, jednak Daniel Brottier, misjonarz i frontowy kapelan, stał się dla nich generałem, cukiernikiem i ojcem. Może nie ojcem świętym - jak planował - ale błogosławionym z całą pewnością. I takim w roku 1936 żegnali go zebrani licznie na jego pogrzebie Paryżanie.

« 1 »

Zapisane na później