Tym, co rzuciło na kolana Indian, którym służył dzisiejszy patron, było… jego serce. I to zarówno rozumiane metaforycznie, jako miłość okazywana bliźnim na krańcu świata, jak i traktowane absolutnie dosłownie, fizjologicznie.
Nie da się tego połączyć – powiecie państwo? Da się, tylko trzeba wraz z Gabrielem Lalemantem, francuskim jezuitą, udać się w 1646 roku do Nowej Francji czyli dzisiejszej Kanady. Tam właśnie bowiem przez 3 lata ofiarnie służył Indianom z plemienia Huronów. Postury był więcej niż mikrej, ale serce miał prawdziwego Bożego mocarza i ci twardzi ludzie to dostrzegli, i docenili. Miarą tego było okazywane misjonarzowi zaufanie, które doprowadziło Indian do przyjęcia chrztu. Niestety, oprócz ojca Gabriela Lalemanta w Nowej Francji byli też inni Europejczycy, którzy bardzo starali się zohydzić rdzennym mieszkańcom Ameryki wszystko, co przybyło zza oceanu. Poniekąd dlatego też 17 marca 1649 roku Irokezi napadli na Huronów i w ramach plemiennej wojny z czystym sumieniem wymordowali ich jako zdrajców. Ten sam los spotkał też wszystkich służących im zakonników. Tu jednak czekała ich niespodzianka – oto ten spośród nich, który wydawał się im najdrobniejszy, czyli właśnie ojciec Gabriel Lalemant, okazał największe serce w obliczu śmierci. Tak wielkie, że Irokezi wyrwali je i zjedli, co było największym dowodem ich szacunku. Oto poniekąd miara dzisiejszego świętego – zaskakiwał zarówno pogan, jak i wierzących sercem, które oddane było Bogu.